W nagrodę dla cierpliwych

"Pociąg" to jedno z opowiadań ze zbioru "Papierówka" przygotowanego do wydania.

                                                

Pociąg

Wszystko poszło wyjątkowo łatwo. W zatłoczonym pociągu, tych dwoje starszych ludzi, od razu wyglądało na takich do „obskubania”. Czarna torebka leżąca obok tęgiej kobiety ubranej w futro z łapek karakułowych, była na wyciągnięcie ręki…

Przepychając się wzdłuż wąskiego, zatłoczonego korytarza między ściśniętymi pasażerami, Zbigniew czuł pod pazuchą ortalionowej kurtki jej gorącą wypukłość. Od razu, w toalecie następnego wagonu, opróżnił torebkę, upychając po kieszeniach całą zawartość, i szybko pozbył się „obciążającego dowodu”, wyrzucając pustą torbę przez okno pędzącego pociągu.

Zbigniew pamiętać będzie długo, tamto śniadanie w wagonie restauracyjnym. Podwójna porcja smażonej kiełbasy, trzy bułki i dwie filiżanki mocno posłodzonej herbaty z cytryną, zaspokoiły w końcu głód, który nim miotał już od wczoraj. Płacił za to pieniędzmi z ukradzionej torebki. Nie było tego za wiele, ale wystarczyło na zapłacenie za śniadanie. - W końcu był syty. W torebce znajdowały się też dokumenty, które po opuszczeniu pociągu, na pierwszej najbliższej stacji, zaraz na dworcu, w skrytości z zaciekawieniem zaczął przeglądać.

Z dowodu osobistego odczytał imię i nazwisko, adres zamieszkania, datę i miejsce urodzenia kobiety. Długo przyglądał się zdjęciu. „Mogłaby by być moją matką…” – pomyślał patrząc na okrągłą twarz okoloną rudymi włosami i na trochę za szeroki nos, pełen piegów. I wtedy… sam nie wiedząc czemu - może dlatego, że nie miał co ze sobą począć - postanowił pojechać do odległego, nieznanego sobie miasta, by odszukać kobietę i osobiście oddać ukradzione dokumenty.

Na przedmieściu Słupska, gdzie znalazł się od razu drugiego dnia z rana, pod adresem zamieszkania kobiety, mieścił się samochodowy warsztat blacharsko-lakierniczy, przyklejony do okazałej jak na lata osiemdziesiąte willi. Wjazd do warsztatu i przyległy podwórzec, zastawione były uszkodzonymi samochodami różnych marek - zapewne czekającymi na swoją drugą młodość. Wśród samochodowych wraków w usmarowanych, wyświechtanych kombinezonach, krzątali się, tacy jak on młodzi ludzie. Pamięta jak stremowany i niepewny siebie, zaczepił pierwszego z napotkanych i zagadnął:

- Chciałem się widzieć z panem właścicielem, albo z panią…

- Jest w biurze, schodami w dół – wysapał, wskazując ruchem głowy kierunek do biura - chłopak w jego wieku, dźwigający przed sobą dużych rozmiarów akumulator.

Zbigniew niepewnie zaczął schodzić po mało oświetlonych schodach prowadzących do niedużego piwnicznego pomieszczenia. Drzwi pomieszczenia były rozwarte na oścież. Za biurkiem w oparach papierosowego dymu siedział chudy mężczyzna w wyszmelcowanej, szarej marynarce, pozapinanej na wszystkie guziki. Również gruba flanelowa koszula w jaskrawą kratę zapięta była po samą szyją. Na niedużym biurku, w nieładzie, leżały jakieś kartki, faktury, rachunki… Maszyna do pisania wydawała znane dźwięki powolnego składania liter. Szponowate palce z zapuszczonymi, czarnymi paznokciami, mozolnie tworzyły z wystukiwanych liter wyrazy i zdania. Dopiero na drugie „dzień dobry”, chudy mężczyzna podniósł głowę z nad maszyny i przenikliwie zaczął przyglądać się stojącemu w drzwiach młodemu człowiekowi.

- Ja… przyszedłem oddać znalezione dokumenty…

Tak, Zbigniew przyszedł tutaj po to, by oddać dokumenty; dowód osobisty, książeczkę zdrowia, książeczkę oszczędnościową (z niemałym wkładem!) jakieś zdjęcia, listy. - „Może wymuszę znaleźne…” - wtedy przed przyjściem tu - jeszcze tak myślał.

- Gdzie je znalazłeś?! – głowa chudego  mężczyzny  uniosła się gwałtownie znad maszyny do pisania na długiej - niczym u indyka szyi. A oczy chciały go zabić.

 - Nikt mu nic nie może udowodnić! - Zbigniew miał już przygotowaną odpowiedź.

 Ale… nagle coś się z nim zaczęło dziać… - Coś się wydarzało ze Zbigniewem Hirszem, a może i z jego sumieniem  - bo… sam zdziwił się wypowiadanym przez siebie słowom:

- To ja ukradłem torebkę… Wtedy, w pociągu.

Ta chwila zaważyła na dalszym ciągu życia Zbigniewa Hirsza. On, syn rodziców alkoholików, wychowanek domu dziecka - w warsztacie samochodowym znalazł nie tylko pracę, ale i zaopiekowano się nim jak kimś bliskim. Na poddaszu zakładu, wygospodarowano dla niego pokoik z łazienką, regularnie podrzucano coś do jedzenia.

Zbigniew, ucząc się fachu po dwanaście godzin na dobę, bardzo szybko przyswajał zawiłości zawodu „blacharza-lakiernika” i… coraz bardziej zaskarbiał sobie przychylność nie tylko szefa… Nie wiedzieć kiedy, zdał egzamin czeladniczy, a zaraz potem mistrzowski i…

Ożenił się z córką właściciela – dwudziestopięcioletnią panną - o czerwonych jak płomienie włosach i dużych brązowych - jak kasztany oczach. Mimo, że dziewczyna po przebytej w dzieciństwie chorobie Heinego-Medina lekko pociągała za sobą nogą, Zbigniew zakochał się w córce szefa nieprzytomnie. Nie przeszkadzała mu ułomność Agnieszki – ba, kochał ją taką jeszcze bardziej -  właśnie taką, kochał całym sercem.

A tak w ogóle, to Zbigniew miał  za co kochać  Agnieszkę. – Agnieszka, przez cały upływający czas ich małżeństwa - była nad wyraz miłą, bardzo zaradną, gospodarną żoną. Umiała rozsiewać wokół siebie rodzinną, domową aurę, którą zachłannie wchłaniał, łaknący od dzieciństwa rodzinnego ciepła Zbigniew. Ich gorąca miłość szybko zaowocowała dwójką dzieci. Bliźniaki Jaś i Małgosia – ładne, miłe, zawsze zadbane, czyściutkie, w końcu nie wiedzieć kiedy, zaczęły chodzić do pierwszej klasy. Agnieszka była dla nich najlepszą matką - a on Zbigniew Hirsz najszczęśliwszym, zakochanym w dzieciach ojcem. Byli dobrze dobranym małżeństwem, a firma teścia, ciągle utrzymywała renomę wzorowego zakładu, w którym Zbigniew przejmował coraz więcej obowiązków, po coraz bardziej schorowanym teściu. W końcu teść zmarł na raka płuc. (Och! Te cholerne papierochy! Nie mogła wybaczyć mężowi ani żona, ani córka.) Nagła śmierć szefa zaczęła jakoś tak zbiegać się z mniejszym popytem na usługi blacharskie i lakiernicze. Żeby zapobiec upadłości firmy – zięć Zbigniew Hirsz - teraz już właściciel zakładu, postanowił wejść w inną branżę. Zajął się produkcją żyrandoli, lamp i wszelkiego rodzaju osprzętu oświetleniowego, który sam projektował, konstruował i wykonywał w warsztacie. Mały zakład blacharsko-lakierniczy w szybkim tempie przeistaczał się w firmę produkcyjną. Z biegiem czasu budynki po teściu stawały się niewystarczające dla rozrastającej się z dnia na dzień firmy produkcyjnej. Zbyszek dobudowywał więc coraz to nowe pomieszczenia, a nawet wykorzystał te, które były przedtem zamieszkiwane przez ich rodzinę. Nic dziwnego, że oprócz rozbudowy warsztatu, kończył już budowę nowoczesnej willi na działce przylegającej do firmy. Produkcyjna firma Zbigniewa Hirsza zaczęła zdobywać renomę nie tylko w Polsce. Nagrody i wyróżnienia spływały nawet z zagranicy.

Jakby przy okazji produkcji, Zbyszek zaczął odkrywać w sobie… talent malarza. Jego żyrandolowe szkice, rysowane na początku ołówkiem na kartkach z bloku rysunkowego, a później węglem i farbami na malarskim brystolu, zaczynały się podobać, zadziwiać. Lekkość ręki i niebywała wyobraźnia Zbyszka, z żyrandolowych szkiców tworzyły samoistną sztukę. Rysunki żyrandoli i lamp, jakby zawieszone w przestrzeni, fruwały w obłokach - podobne do motyli i ptaków. – W końcu malowane już na płótnie coraz częściej rozświetlane kolorami olejnych farb, zachwycały, robiły na oglądających niebywałe wrażenie. Malowanie stawało się jego hobby. Ściany w domu i firmie były obwieszone obrazami Zbigniewa.

Zabiegany, zapracowany Zbigniew Hirsz, już teraz właściciel firmy produkcyjnej, nowej pięknej willi, wspaniałej żony, i dwójki dzieci, kończył czterdziesty ósmy rok życia - kiedy nagle, wybuchła bomba! Rodzina, przyjaciele i znajomi dowiedzieli się, że Zbigniew Hirsz…

Tak, Zbigniew Hirsz napisał powieść! Książka została nadspodziewanie szybko wydana przez warszawskie wydawnictwo, miała bardzo dobre recenzje i świetną promocję. Sprzedawano ją w dziesiątkach tysięcy  egzemplarzy, z nadspodziewanie dobrymi wynikami finansowymi. - Bestseller! – pokrzykiwali niektórzy. Sam Zbigniew zaskoczony sukcesem, zaczął wierzyć, że gdzieś tam głęboko skrywane marzenie o pisaniu, teraz  zaczęło się spełniać. Uwierzył, że jego pociąg do literatury jest nieprzypadkowy. - Uwierzył w swój literacki talent, w swoje powołanie. Już nie jakaś tam blacharka, żyrandole, malowanie… - Zbigniew zapragnął pisać. Pisać w swoim stylu, płynącym z głębi serca, otwarcie i… -  dla ludzi - a nie w zeszyciku, głęboko ukrywanym przed wszystkimi w szufladzie.

Jego dotychczasowe życie zaczęło się zmieniać. Pisały o nim, o jego talencie literackim  gazety, bywał w telewizji, udzielał wywiadów. Wyjeżdżał na targi książek, na spotkania z czytelnikami. Rozdawał autografy i poznawał wielu ciekawych ludzi z kręgu literatury, kultury. Zaczynał obracać się w innym świecie - w świecie, o którym nawet nie śmiał marzyć, ale do którego ciągnął go instynkt.  

Agnieszka patrzyła na to, co zaczęło się dziać wokół Zbigniewa, wokół ich życia, z otwartymi ze zdziwienia oczami i z… niepokojem, a nawet z przestrachem. Zajęta dziećmi, urządzaniem nowego domem, który od początku tworzyła po swojemu, w ogóle nie brała udziału w tym wszystkim, w tej burzy rozpętanej wokół męża. Owszem przeczytała książkę. Dyskutowali o niej ze sobą burzliwie, ze zwadą, nawet po nocach:

- …Nie powinieneś tak się obnażać, tak pisać o sobie, o nas… Nie powinieneś pisać tak wyuzdanie o seksie, a szczególnie o naszym pożyciu! Miałam czerwone policzki, gdy czytałam w książce o nas. Przecież, to, co napisałeś - to nie powieść – to twój życiorys! Nasze życie! Zobacz, przecież teraz - teraz jesteś „kimś”!  Masz nas, masz rodzinę, dzieci, firmę - po co ludziom przypominać o domu dziecka, o tym, że tam się wychowywałeś?  Że prawie nie znasz swoich rodziców alkoholików? Że… kradłeś. - Jak teraz będą patrzeć na nas znajomi, nasza rodzina, kontrahenci. – Kto to zrozumie? Po co ci to wszystko? Niszczysz opinię o nas. Ludzie nie uwierzą, że to wszystko o czym opisujesz to literacka fikcja, że to wszystko to tylko twoja chora wyobraźnia…

Kobiecy instynkt, kazał Agnieszce obawiać się tej książki. Obawiać się tego, co będzie ze sobą niosła. Tym bardziej, że zauważyła, że Zbigniew już nie jest tak zainteresowany prowadzeniem firmy, że nie angażuje się tak mocno jak kiedyś, w tworzenie nowych wzorów żyrandoli czy lamp. Na ścianach już nie pojawiały się jego nowe rysunki, szkice, obrazy.

Zbigniew wielokrotnie uspokajał Agnieszkę, kiedy ta próbowała uzewnętrzniać swój niepokój:

Panuję nad wszystkim, nie obawiaj się niczego… – zapewniał, ale jednocześnie bronił swojej nowej namiętności  żarliwie, z zapałem:

 – Zgodziłem się na to, że nie chcesz brać udziału w tym, co dotyczy mojego pisania. Nie chcesz towarzyszyć mi na spotkaniach z czytelnikami. Nie było ciebie, kiedy tak uroczyście, odbierałem nagrodę od prezydenta. Nie jeździsz ze mną na targi książki - ale pozwól mi być sobą, realizować się. Ja chcę tworzyć! Będę pisał! – kończył stanowczo.

Agnieszka za bardzo ceniła sobie rodzinny spokój, za bardzo kochała męża, by przeciwstawiać się jego woli. Chciał nie chciał, godziła się z tym, ale kiedy nie wracał do domu na czas, gdy czekała na jego przedłużający się powrót z kolejnego literackiego spotkania – gdzieś tam na dnie serca odkrywała niepokój. Zbigniew wyczuwał całym sobą taki stan jej lęków, wiedział, że nie wolno, że nie powinien jej ranić – kochał, bardzo kochał żonę. Często wynagradzał jej to, przynosząc do domu pęki kwiatów (nieraz  otrzymywanych od jego czytelniczych wielbicielek). Wracając do domu, bywało, że sam kupował jej jakiś jubilerski drobiazg i wtedy… - Na przywitanie obcałowywał jej radosne oczy, wpijał się w jej chętne usta i podekscytowany chciał, pragnął opowiedzieć jej o spotkaniach z ciekawymi ludźmi z literackiej elity, o swoim nieustannie trwającym literackim sukcesie. Zawsze bardzo żałując, że nie było jej przy nim w takich momentach. Hamował jednak wtedy swoją ekscytację, wstrzymywał się od radosnych opowieści, wiedząc, że tak musi postępować - dla jej spokoju, dla jej dobra.

- Masz swoje wielbicielki… już ci jestem niepotrzebna… – mówiła niby żartem często Agnieszka, ale Zbyszek zbyt dobrze ją znał, żeby nie wyczuć w jej głosie prawdziwego żalu i niepokoju.

- Niepotrzebnie się lękasz, wiesz, że cię kocham ponad wszystko, kocham nasz dom, ten klimat, który tworzymy wspólnie. Ty i dzieci jesteście dla mnie największą radością, wszystkim najważniejszym na świecie! Nigdy was nie zawiodę – przekonywał ją i siebie po wielokroć, kiedy tylko dojrzał niepokój w oczach Agnieszki.

Minął prawie rok od momentu ukazania się jego książki na rynku. Była ciągle dobrze przyjmowana przez coraz większe rzesze czytelników, jak i literackich krytyków. Jechał właśnie po jeszcze jedną nagrodę do Warszawy. W literackim prestiżowym konkursie otrzymywał nagrodę specjalną…

Nie była to główna nagroda. Tę, miała otrzymać znana poetka i pisarka tworząca „dla kobiet”. Zbigniew dużo słyszał o niej, ale nie czytał jej książek. Literatura „kobieca”, której specyfikę „wyczuwał” po przeczytaniu dwudziestu, trzydziestu stron -  jakoś nie mogła go zainteresować, nie mógł dalej brnąć po następnych stronicach książki.

Jadąc po nagrodę, Zbigniew gdzieś głęboko w duszy czuł niedosyt. Nutka zazdrości przebijała się z głębi serca, jak roślina z gleby. Jego „Nagroda Specjalna” nie była wyróżnieniem w stricte literackim pojęciu. Była to nagroda środowiska biznesu, wyróżniająca „piszącego biznesmena”. - A on, w skrytości ducha pragnął wspiąć się na wyżyny literackie, zostać pisarzem - pisarzem z prawdziwego zdarzenia! O, choćby tak jak wyróżniony w tym samym konkursie - za całokształt swojej bogatej twórczości Józef Hen. Zbigniew wiedział, zdawał sobie sprawę z tego, jak daleko było mu do takich literackich sław, do wielkości takich pisarzy - jak Hen. Żałował, że tak późno trafił na Hena, że dopiero od niedawna zaczął pochłaniać jego powieści. - Jaki to wspaniały i mądry człowiek! Wspaniały pisarz! Chyba ostrożniej podchodziłbym do swojego pisania, gdybym wcześniej przeczytał na przykład, jego „Dziennik na nowy wiek”… Jaki ja jestem malutki przy Henie! Cóż ja potrafię…

Poranny ekspres pędzący do Warszawy, stukotem kół wkomponowywał się w jego myśli, w jego literackie dywagacje samego ze sobą. Chyba otrzeźwił go dolatujący zapach kawy, bo wstał, i przepraszając za zamieszanie siedzących obok pasażerów, skierował się w stronę wagonu restauracyjnego. Musiał  przemierzyć kolejny wagon, nim znalazł się w pachnącym smażonym boczkiem, kiełbasą, piwem i kawą. Ilekroć podróżując pociągiem, wchodził do „Restauracyjnego” - nie mógł pozbyć się wspomnień z tamtych, tamtych odległych lat, kiedy w podobnym jadł śniadanie za ukradzione pieniądze…

Akurat jacyś podróżujący opuścili dwuosobowy stolik. Usiadł na zwolnionym miejscu. Kelner zbierając pozostawione naczynia z wymuszonym uśmiechem dodał:

- Zaraz przyjmę od pana zamówienie.

- Można przycupnąć do pana?

- Proszę, proszę. – Zbigniew popatrzył bez entuzjazmu na kobietę sadowiącą się na krześle po przeciwnej stronie stolika. Chciał zjeść sam, w spokoju, a tutaj…

- Co państwo zamawiacie? – zapytał kelner pojawiając się ponownie, przy okazji doczyszczając nawykłymi ruchami blat stolika.

- Proszę, proszę. – Zbigniew ruchem ręki wskazał na kobietę, by ta zamówiła pierwsza.

- Chyba najbezpieczniej będzie… - Poproszę jajecznicę na maśle, sałatkę z pomidorów, herbatę… Poproszę pomidory bez cebulki – dodała, rzucając kelnerowi jeden z milszych uśmiechów - zapewne specjalnie pozostawionych na takie okazje.

- Poproszę to samo, tylko, jajecznicę na boczku… kawę zamiast herbaty, sałatkę z pomidorów - też proszę bez cebulki! – szybko dodał Zbigniew  kierując wzrok i uśmiech w stronę kobiety. Po chwili kelner przyniósł zamówione potrawy. Jedząc, spoglądali niepostrzeżenie na siebie.

Chyba jest w moim wieku… może, odrobinę starsza? - Na pewno około pięćdziesiątki… -  mimo dobrego makijażu, Zbigniew dostrzegał zmarszczki „uśmiechu” wokół oczu kobiety. Przez ufarbowane na kolor bałtyckiego piasku, krótko ścięte włosy, gdzieniegdzie prześwitywał naturalny ciemny ich kolor. Zielone oczy oprawione mocnym zarysem namalowanych henną brwi… - wszystko to nie uszło uwadze Zbyszka. Oliwkowy, dobrze dopasowany żakiet z pod którego wyłaniała się jedwabna, brązowa  bluzeczka, rozpięta na tyle by… Zbigniew mimo woli zerkał na krągłości…  „Bizneswoman – jedna z wielu jadących w „ważnej sprawie” do stolicy…”  - prawie autorytatywnie stwierdził w myślach, smarując bułkę masłem.

- Ależ wloką się teraz te pociągi… dopiero Malbork. – powiedziała kobieta odrywając wzrok od wszystkiego, co pociąg pozostawiał za oknem.

- Tak, kto wie, czy nie zjemy tu obiadu i kolacji nim dojedziemy do Warszawy…

Zaśmiali się jednocześnie. Kobieta bielą ładnych zębów. Zbigniew dostrzegł w jej twarzy coś, budzącego sympatię…

- Och! Niech pan nie straszy. Muszę być o czternastej w Warszawie - odbieram nagrodę – dodała niepewnie, jakby wahając się, czy powinna się pochwalić.

- Ja też odbieram nagrodę o czternastej – powiedział nieśmiało Zbigniew – literacką! - dodał nie umiejąc pohamować dumy.

- Literacką?! - Zdziwienie kobiety było tak nie skryte, że Zbigniew, aż zarumienił się, zawstydził.

–Tak… Dostałem Nagrodę Specjalną w literackim konkursie… – mówił nieśmiało, jakby próbując się tłumaczyć.

– Mogę wiedzieć jak się pan nazywa? – przerwała mu nieznajoma, nie kryjąc nadzwyczajnej ciekawości.

– Przepraszam… – uniósł się z krzesła, przybliżył do kobiety i uścisnął wyciągniętą do niego dłoń - Zbigniew Hirsz.

 - Kobieta również uniosła się z lekka - Maja Majewska… Ja… jestem laureatką tego konkursu. - Coś podobnego! Co za spotkanie! – dodała szybko.

- Och! Miło mi! Przepraszam, że nie poznałem! – skłamał.

 - Słyszał jedynie o niej. Wiedział, że taka powieściopisarka istnieje, że jest bardzo poczytna, przede wszystkim przez kobiety, że na podstawie jednej z jej powieści  powstanie telewizyjny serial.

- Jedziemy na ten sam konkurs! –  wykrzyknęli jednocześnie.

Oboje swoim zachowaniem zaczęli zwracać uwagę podróżnych. Siedząc przy stoliku, spożywając posiłek, a potem popijając kawę, coraz  entuzjastyczniej zachowywali się względem siebie. Zbigniew w ogóle nie umiał ukryć emocji. Kobieta też. Ogarnęła ich wzajemna fascynacja - tym, co robią, tym, co piszą.

Pisarka Maja Majewska z każdym kilometrem zbliżającym ich do Warszawy stawała się dla Zbigniewa kimś nadzwyczajnym. Był nią oczarowany! Po zjedzeniu wspólnie śniadania, Zbigniew przesiadł się do jej przedziału. -  Tyle mieli sobie do powiedzenia, do przekazania. Łączyło ich tyle tematów!  Ona, opowiadała o sobie, o tym, że pisze od przeszło dwudziestu lat, że  wydała już jedenaście książek, pare tomików wierszy, że dostała już wiele nagród i właśnie dzisiaj, za ostatnią swoją powieść, ma otrzymać nagrodę główną w tym prestiżowym konkursie na który jadą.

Zbigniew równie chętnie mówił o sobie. O swojej firmie, ale przede wszystkimi o swoim pisaniu, o swojej pierwszej książce, o jej niespodziewanej popularności, o miłych spotkaniach z czytelnikami… Chwalił się, że ma do wydania już trzy napisane powieści, ale…: Mój wydawca niespodziewanie zmarł i od tego czasu zaczęły się moje  problemy, kłopoty z wydaniem. Nie umiem sobie z tym poradzić…

Pochłonięci rozmową, wspólnie, zgodnie dochodzą do wniosków, że książka to przemysł rządzący się swoimi własnymi, z rzadka uczciwymi prawami, do których mało kiedy dopuszczany jest pisarz. Że dzisiaj pisarz i jego wartości literackie mało kogo obchodzą i mało kto się z tym liczy. – Że w zasadzie liczy się tylko zysk wydawcy! - Dopóki nie znalazłam sobie agenta – miałam podobne problemy co pan - zwierza się, zwierza  Zbigniewowi pisarka i poetka Majka Majewska.

Zbigniew był oczarowany spotkaniem. Po raz pierwszy, ktoś tak doskonale go rozumie! Po raz pierwszy tak szczerze mógł z kimś porozmawiać o swoich problemach, o swojej twórczości, o swoim pisarskim warsztacie…

 - Ta kobieta nie tylko go wysłuchuje, ale nawet, wyraża chęć przeczytania jego książek i napisania „sprawiedliwej” recenzji!  Rozmawiają, rozmawiają o wszystkim, od czasu do czasu radośnie zaśmiewając się z opowiadanych sobie historii i… Z szybkością jadącego pociągu poznają swoje wnętrza…

 Zbigniew jest w niebo wzięty!

- Warszawa! Już Warszawa! Ależ ten pociąg dzisiaj pędził!. Jeszcze nigdy tak szybko nie dojechałam do Warszawy!

- Ja też!

Jedną taksówką podjechali pod hotel Sheraton. Byli przed czasem. To tutaj, na jednej z konferencyjnych sal, odbędzie się inauguracja konkursu – gala.

- Może po koniaczku? Mamy jeszcze czas… - proponując alkohol, Zbigniew nie poznawał samego siebie!

Przy hotelowym barze: kawa, koniak, koniak… W końcu weszli na wypełnioną salę. Zajęli zarezerwowane dla zwycięzców konkursu miejsca w pierwszym rzędzie. Na scenie przystrojonej „konkursowo”, przy długim stole, zasiadało już zacne jury. Wokół nich siedziało wiele literackich znakomitości, krytyków i dziennikarzy. Reporterzy biegali z kamerami, błyskały flesze.

Maja Majewska była na celowniku. Z wypiekami na twarzy, jak nowicjuszka, wysłuchała o sobie laudacji znanego pisarza. - Mówił pięknie, dowcipnie o jej twórczości, wyjątkowej osobowości, chwalił ostatnią powieść. Po uhonorowaniu głównych zdobywców nagród, wyczytano nazwisko Zbigniewa.

 - Nagroda specjalna! Poszedł po nią na scenę przy gromkich oklaskach. Trząsł się cały, nie umiał uspokoić swojego wnętrza, kiedy prezydent BCC odczytywał jego laudację. Zbigniew czuł, że za chwilę serce rozerwie mu klatkę. - W tym momencie spełniały się jego najskrytsze marzenia - najskrytsze… Taki był szczęśliwy! Dlaczego Agnieszka i dzieci nie widzą tego jego sukcesu? - Tego, jak mu gratulują, jak mu ściskają rękę najznakomitsi pisarze, jak udziela wywiadów dziennikarzom, których tylko  widywał dotychczas w telewizji.

Maja Majewska bije brawo, chyba entuzjastyczniej niż wszyscy. Widzi jej twarz rozpromienioną swoim i jego sukcesem. Zbigniew podchodzi do niej i… przypadkowo? - całuje ją w usta. Czuje, jak mu się oddają słodyczą zabarwioną koniakiem…

W hotelowym foyer, szwedzki bufet zachęca smakołykami. Hostessy roznoszą alkohole. Błyskają flesze. Zbigniew udziela wywiadów, ciągle podpisuje kolejne egzemplarze swojej książki… Do nagrody specjalnej hotel Sheraton dołącza voucher… Wykorzystują go od razu! Nim znajdą się – on pisarz! Zbigniew Hirsz - z poetką i pisarką Mają Majewską w hotelowym pokoju – w barze nocnym hotelu Sheraton piją dużo whisky i tańczą, tańczą…

Ułomność Agnieszki nie pozwalała małżonkom bawić się, tańczyć ze sobą. Nie chodzili na dyskoteki, bale. Agnieszka nigdy by nie zdobyła się na to. Z resztą, Zbigniew też nie umiał i nie lubił tańczyć. Taniec był mu obcy, niepotrzebny, ale tu z Majką, sławną pisarką - kiedy czuł w tangu jej piersi przy swoich, kiedy w walcu z nieukrywanym uwielbieniem patrzył w odchyloną do tyłu rozpromienioną jej twarz, a alkohol robił swoje…               

 

Zbigniew również był wniebowzięty w łóżku hotelowego pokoju. Tak - tak  inaczej! nigdy nie kochał się z Agnieszką - tak inaczej! - Majka, obdarzała go takim seksem – taką miłością? – jakby… pozbierała te umiejętności i uczucia ze wszystkich kartek swoich powieści - i teraz… - dzieliła się niemi z… - Z mężczyzną do cna oddanemu rodzinie, dzieciom, żonie ciągle chodzącej po domu w kuchennym fartuszku…?

Przez następny dzień kochankowie nie wychodzili z hotelowego pokoju. Pili whisky, zajadali sie zamawianymi do pokoju smakołykami, i… sycili, sycili się sobą, dopieszczając się rozmowami o literaturze, o własnej twórczości -  a nawet snując wspólne wydawnicze plany.

 

Z głębokiego alkoholowego snu, Zbigniewa zbudził kac i pragnienie. - W hotelowym pokoju było jeszcze ciemno. Ciężkie mięsiste story nie przepuszczały wschodzącego świtu i odgłosów budzącego się miasta. Był nagi, obok niego spała naga kobieta.

Z przebudzeniem, nagle wróciła ciężka, ciemna jak noc świadomość. To nie był tylko kac alkoholowy. Z powrotem świadomości Zbigniew coraz gorzej, zaczynał czuć się psychicznie.

 - Co ja zrobiłem?! Boże! Agnieszko! – głowę Zbigniewa  zaczęły rozsadzać  przerażone myśli.

Odkryta, odwrócona tyłem do Zbigniewa naga Maja Majewska - poetka i pisarka, specjalistka od alkoholu, seksu i… miłości? – teraz pochrapywała w alkoholowym śnie. Zbigniew wyłuskał się z pościeli najciszej jak potrafił. Pozbierał porozrzucane wokół łóżka swoje rzeczy. Przemknął do łazienki, długo, łapczywie, prosto z kranu łykał warszawską wodę, o smaku chloru. potem umył twarz, ubrał się, i cichaczem wymknął z pokoju. W recepcji pozałatwiał wszelkie formalności i taksówką pojechał na dworzec.

Pierwszy pociąg jadący z Warszawy do Trójmiasta, jakby czekał na niego. Ruszył w chwili, gdy Zbigniew usadawiał się w pustym przedziale. Usiadł przy oknie, w rogu, i przez jakiś czas patrzył na oddalający się dworzec. Potem otulił się w powieszony płaszcz i próbował schować się w sen. Snem chciał uciec, oddzielić się od rzeczywistości - choć na jakiś czas zniknąć z życia. Sen jednak nie przychodził, ból głowy był piorunujący. Miał kaca, potwornego kaca nie tylko od alkoholu? - Głowę rozsadzały mu kłębiące się myśli.

 - Jak mógł tak postąpić?! Jak mógł to zrobić Agnieszce, dzieciom? - Co ma teraz począć? Jak ma spojrzeć im w oczy? - Znowu stał się złodziejem! Zdrajcą, najgorszym z szubrawców! - Okradł ze szczęścia własny dom, zdradził własną rodzinę! Z czym ma wejść teraz w drzwi tego domu? - Z prawdą? - Z prawdą, żeby zniszczyć ich miłość? Żeby zabić Agnieszkę!

 - Nie przyznać się do zdrady? - Czuł obrzydzenie do siebie jeszcze większe, niż kiedyś, kiedy stał w progu ich domu, z ukradzionymi dokumentami. - Wtedy się przyznał, powiedział prawdę i… otwarto przed nim drzwi i serca. Dzisiaj wie, że jeżeli powie prawdę - wszystko co kochał runie. Wiedział, że całe ich bogactwo uczuć, brało się z ich zaufania do siebie, z  miłości, głębokiej mocnej miłości, którą on zszargał!

 - Co mam począć? Jak postąpić? - myśli rozsadzały mu głowę.

Otworzyły się drzwi przedziału.

- Dzień dobry. Można? - do przedziału wszedł starszy pan, o rzucającej się w oczy miłej powierzchowności.

 - Nie lubię przebywać sam w przedziale. - Przydarzyła mi się kiedyś brzydka historia – mówił, jakby próbując nawiązać kontakt.

- Proszę, proszę – mruknął Zbigniew i już chciał na powrót owinąć się płaszczem, ale z zaciekawieniem zaczął obserwować, jak mężczyzna zdejmuje z siebie granatowy, markowy, perfekcyjnie uszyty płaszcz, jak usadawia się naprzeciwko niego, koło okna. Z przyjemnością patrzył na przybyłego, na to, w co był ubrany; garnitur, koszula, krawat, a nawet skarpetki i buty były z rozmysłem dobrane, harmonizowały ze sobą, ze śniadą cerą i szpakowatymi włosami obcego. - „Gość!” – przemknęło przez głowę Zbigniewa. - Ile to razy przyrzekałem sobie, że w końcu zadbam i ja o siebie, o swój wygląd… Zbigniew poczuł się jeszcze bardziej nędznie. - Kim ja jestem? Co z tego, że mam firmę, pieniądze, nawet, że napisałem książkę? Żebym nie wiadomo jak się starał, będę kundlem! Zawsze da znać o sobie moje pochodzenie, mój dom dziecka. Nigdy nie będę dżentelmenem, pod żadną postacią. - Takim trzeba się urodzić! – krzyczały jego skacowane, na chwilę oderwane od tragedii myśli.

Z nieukrywanym zachwytem spozierał na mężczyznę. Instynkt podwórkowego kundla, który tkwił w nim od urodzenia, i odzywał się w krytycznych dla niego momentach, zaczął podpowiadać Zbigniewowi teraz, że ten elegancki, zagadkowy dżentelmen, mógłby mu może pomóc?           - Może, powinien wykorzystać szansę? - Otworzyć się przed nim, wyspowiadać. Może on - ten obcy, „inny”, doradzi mu, podpowie, jak ma postąpić. Może znajdzie rozwiązanie, co dalej - on zdrajca, nikczemnik  ma począć?

Zbigniew zdobył się na odwagę i…

Mężczyzna z coraz większym zaciekawieniem zaczął wsłuchiwać się w streszczaną przez Zbigniewa autobiograficzną powieść. Potem  Zbigniew opowiedział mu w jaki sposób ją pisał, i jak i gdzie wydał. Słuchał dumnych wypowiedzi Zbigniewa o jej wyjątkowej popularności na polskim rynku, i o zdobywanych literackich laurach. Stukot kół, i od czasu do czasu pochrząkiwanie hmm, hmm, hmm, nie łatwa sprawa, nie łatwa…. – towarzyszyły dalszemu ciągowi opowieści Zbigniewa, gdy on przeszedł do   zaistniałej w hotelu sytuacji.

- Kocham, bardzo kocham moją żonę, dzieci…- zarzekał się Zbigniew co chwilę, i…  - Co ja zrobiłem? Co mam teraz począć? Jak żyć dalej z tym, co uczyniłem? Jak mam teraz postąpić? – dopytywał obcego i siebie z trwogą  natrętnie.

- To sobie pan napytał biedy, no, no… - Przyznać się i błagać o przebaczenie? - Żona panu tego nigdy nie wybaczy. Im bardziej kocha, tym bardziej poczuje się urażona, upokorzona, zdradzona. – Tym, na dłużej to w niej pozostanie - z reguły na zawsze. Wiem coś o tym… Sam przeżyłem podobną historię… - Nie przyznać się do zdrady, byłoby chyba najłatwiej…  Ale, czy wtedy pan, da sobie z tym radę? Patrząc na pana, wsłuchując się w pana opowieść, widząc jak pan to bardzo przeżywa, jakim jest pan człowiekiem to…

 - Och! Dojeżdżamy do Gdańska. Tutaj wysiadam. - mężczyzna ubrał w pośpiechu płaszcz, już trzymał w ręku neseser. - Do widzenia! – wychodząc z przedziału wyciągnął rękę, którą Zbigniew podrywając się z miejsca uścisnął.

 – Gdybym, naprawdę miał panu doradzić, to… - jeszcze raz popatrzył w oczy Zbigniewowi. – Wszystko to wydarzyło się, stało - przez pana pisanie,    więc… - Albo dom, żona, dzieci, firma – albo pisanie. Z pisania nie utrzyma pan rodziny, skomplikuje pan życie nie tylko sobie, ale im wszystkim. Po tym co usłyszałem od pana, co mi pan tak szczerze wyznał, i widząc z jaką pasją pan podchodzi do pisania i co dla pana teraz ono znaczy - a z drugiej strony – poznając stosunek pana do żony do pana pisania - to… - Nie połączy pan jednego z drugim - jak nie połączy pan wody z ogniem. Musi pan wybrać!

            -  Do widzenia! 

 - Wiem, wiem nieszczęśniku, że wybierzesz pisanie! Że będziesz pisał… Twojego pociągu do literatury nikt już nie zatrzyma… Wiem, że będziesz pisał - na swoje nieszczęście… - Ja też tak uczyniłem… – dodał już w myślach obcy, przemierzając korytarz wagonu.

Tych słów Zbigniew już nie usłyszał. Dopiero kiedyś, kiedyś później, Zbigniew natknie się na zdjęcie w jakimś czasopiśmie i dowie się, że jechał wtedy w tym samym przedziale - z jednym z najsłynniejszych polskich filmowców, scenarzystów, przebywających na emigracji.

 

Mijały lata. W kinach wyświetlano film zrealizowany w najnowszej rewolucjonizującej cały przemysł filmowy technice. Po raz pierwszy w filmie zastosowano na taką skalę, komputerową technikę 3D. Trójwymiarowy obraz oglądano w specjalnych okularach. Film „Awatar” ściągał do kin tłumy, bił rekordy popularności. Były to lata raczej światowego kryzysu. Zapędzeni, zabiegani za przyziemnymi sprawami, za sprawami bytu ludzie, rzadko kiedy znajdowali czas na czytanie książek…

W podziemnym dworcowym przejściu, obok schodów do centrum miasta, stał zaniedbanie wyglądający mężczyzna. Wielodniowy zarost na jego zoranym troską obliczu, nie potrafił ukryć brakującego uzębienia. Resztki siwych, długich, niepodcinanych chyba od wieków włosów, również świadczyły o jego krańcowym zaniedbaniu. Ubrany był…-  raczej tu trzeba powiedzieć: odziany był w stary, zszargany, chyba kiedyś, kiedyś uszyty z dobrego, drogiego materiału granatowy płaszcz. Wyglądające z pod płaszcza za długie spodnie, w trudnym do określenia kolorze, rolowały się na rozczłapanych butach, obok których…

Na brudnym zabłoconym chodniku, leżała otwarta waliza pełna książek.

- Najnowsza powieść! - Prosto od autora! - Może być z dedykacją! -Tanio! - nieśmiało wykrzykiwał Zbigniew do mijających go przechodniów…

 

 

KONIEC

Jestem bardzo ciekaw jak ocenicie Państwo te moje nieodcedzone z fantazji  zdarzenia, historie, opowieści…

Piszący, będzie czekał na Wasze opinie - prawie tak zachłannie - jak zakochany sztubak na list od ukochanej…

 

Janusz "Krawiec" Wiśniewski

janusz@krawiecwisniewski.pl

© Wiśniewski 2017. Wszelkie prawa zastrzeżone.